
Od początku roku Ministerstwo Zdrowia, Narodowy Fundusz Zdrowia i szeregowe jednostki służby zdrowia w Polsce zmuszone są radzić sobie z jakościowo nową sytuacją finansową. Od czasu utworzenia NFZ jest to pierwszy rok, w którym pieniędzy na leczenie, w ujęciu realnym (po uwzględnieniu inflacji i wzrostu kosztów leczenia), będzie mniej aniżeli w roku poprzednim. Nawet, jeśli (uruchamiając wszystkie rezerwy z lat poprzednich) uda się zgromadzić sumę, jaką wydano w roku 2009, to ulegnie zmniejszeniu wolumen świadczonych usług medycznych. W odczuciu potencjalnych klientów służby zdrowia może to być doświadczenie bardzo przykre.
Dotąd w ochronie zdrowia pieniędzy było wprawdzie za mało (chociaż taka ocena ma zawsze wymiar względny) ale za to więcej (a niekiedy znacząco więcej!), aniżeli w okresie poprzednim. Korzystna koniunktura gospodarcza prowadziła do znaczącego wzrostu budżetu NFZ, a to pozwalało na zwiększanie wartości kontraktów zawieranych ze świadczeniodawcami. Bywało jeszcze lepiej! Zwiększający się pobór składki zdrowotnej, powodował dopływ środków do NFZ ponad wielkości zaplanowane na początku roku kalendarzowego, pozwalając na systematyczne dokładanie pieniędzy do zawartych już kontraktów. Kilkukrotne w ciągu roku aneksowanie „w górę” wartości umów z jednostkami służby zdrowia, umożliwiało NFZ regulowanie niemal wszystkich rachunków przedstawionych do zapłaty. Dodatkowo, w 2008 r. szpitale mogły pozyskiwać znaczące środki z tzw. podatku Religi, czyli pieniądze pochodzące ze składek OC kierowców, przeznaczone na leczenie ofiar wypadków komunikacyjnych. Taka sytuacja nieprędko się powtórzy.
Okres prosperity umożliwił wzrost płac białego personelu w niespotykanym dotąd tempie ( zob.: BOMBA PRETENSJI) . Skądinąd słuszne dowartościowanie pracowników, musiało przełożyć się na wzrost kosztów funkcjonowania placówek służby zdrowia. Czy przełożyło się też na wzrost zadowolenia pacjentów ze świadczonych usług medycznych?
Jeśli nie zdarzy się cud - już na jesieni bieżącego roku szereg placówek służby zdrowia wyczerpie
wynegocjowane z NFZ limity środków na świadczenia. Trudno spodziewać się, aby stało się inaczej, skoro dominującą pozycją bilansu przeciętnego polskiego szpitala (przekraczającą 80% przychodów z kontraktów z NFZ) stanowią koszty wynagrodzeń białego personelu. W naszej szpitalnej rzeczywistości są to wydatki sztywne, a więc ich ponoszenie jest niezależne od zaangażowania personelu w leczenie pacjentów. Trudno oczekiwać, aby dyrektorzy szpitali porywali się na czołowe zderzenie ze związkami zawodowymi, proponując obniżki płac czy zmniejszenie zatrudnienia, lub też - mając w pamięci wydarzenia w Wojewódzkim Szpitalu Podkarpackim w Krośnie - poważyli się na próbę zdyscyplinowania podległego personelu. Nikt też nie spodziewa się, aby (wzorem Prezesa NFZ) przedstawiciele pracowników służby zdrowia sami zawnioskowali o przejściowe obniżenie wywalczonych z takim trudem podwyżek uposażeń. Należy raczej spodziewać presji w drugą stronę - na dalszy wzrost wynagrodzeń, zwłaszcza średniego personelu szpitalnego.
Decydentów służby zdrowia na każdym szczeblu czeka więc trudny rok. Minister Zdrowia i Prezes NFZ może spodziewać się niejednej ciężkiej konferencji prasowej, na której przyjdzie bezowocnie tłumaczyć, dlaczego z próżnego nawet Salomon nie naleje. Dyrektorzy oddziałów wojewódzkich NFZ z mniejszym lub większym powodzeniem próbować będą rozciągać przykrótką kołderkę dostępnych środków pod lokalne,
najpilniejsze potrzeby. Czeka nas rok dramatycznych decyzji urzędników, menagerów służby zdrowia i lekarzy. Pacjentów czeka długi okres wyczekiwania na lepsze czasy.
Trudny rok czeka nas wszystkich. Obyśmy zatem zdrowi byli!
zdjęcia pochodzą ze strony: "http://www.sxc.hu"

