TELEMEDICUS.PL



"GW": Porodówka pod ostrzałem Sanepidu i NFZ

Sanepid zakazał rodzenia dzieci w prywatnym szpitalu SPES, a NFZ pozwał go do sądu za ukrycie tego faktu przed pacjentkami. I dlatego żąda zwrotu gigantycznej kwoty ponad miliona dwustu tysięcy złotych. Ordynator lecznicy: - Dla nas to koniec. Byłem lekarzem, teraz mogę być taksówkarzem, czytamy w Gazecie Wyborczej Kraków.

Pozew NFZ trafił do krakowskiego sądu kilka dni temu. - Nie mieliśmy jeszcze takiego przypadku - przyznają sędziowie.

Odkąd NFZ wypowiedział umowę spółce przy ul. Królowej Jadwigi w Krakowie, prywatna porodówka świeci pustkami. Zerwany kontrakt i zła sława, która poszła za tym spowodowały, że kobiety w ciąży zrezygnowały z rodzenia w tym miejscu. - Ta sprawa może oznaczać nasz koniec - nie kryją w prywatnej lecznicy.

Problemy SPES-u zaczęły się od kontroli sanepidu w grudniu 2008 roku. Lista wykrytych zaniedbań była długa. Brakowało stanowisk do mycia i pielęgnacji niemowląt, infrastruktura pod względem fachowym i sanitarnym nie odpowiadała wymaganiom stawianym przez Ministerstwo Zdrowia.

Sanepid nie miał wątpliwości: w takich warunkach kobiety nie powinny rodzić, zwłaszcza nie powinny być przeprowadzane operacje, a taką jest cesarskie cięcie. Efekt kontroli to zakaz przyjmowania porodów od połowy lutego 2009 roku. Ale SPES nie dostosował się do tego, kobiety dalej rodziły, a NFZ płacił.

- Nie było ani jednego przypadku powikłań bakteryjnych wśród pacjentek i dzieci - zapewnia dr Andrzej Bałasz - Matki, które u nas rodziły mogły czuć się bezpieczne. Nic nie zagrażało ich zdrowiu i życiu, jak twierdzą służby sanitarne - dodaje. Dr Bałasz podkreśla, że przed przyjęciem do porodu kobiety były badane, by np. wykluczyć zakażenia bakteriologiczne. - Taka procedura obowiązywała u nas od początku istnienia placówki. Z tego co wiem, nie było to standardem w innych szpitalach - zaznacza dr Bałasz. To spółka czuje się poszkodowana i dlatego sama wytoczyła sprawę sądową sanepidowi. 9 marca ma odbyć się pierwsza rozprawa.

Kierownictwo SPES nie widzi też podstaw do zwrotu ponad miliona złotych funduszowi za porody. - Przecież te kobiety były w ciąży, dzieci urodziły się, więc usługi wykonano. Nie było tu żadnego oszustwa: matki i dzieci są zdrowe - przekonuje dr Bałasz. Jego zdaniem finansowe żądania NFZ mogą oznaczać ostateczny upadek jego firmy. - 64 osoby już zwolniliśmy.